czwartek, 7 czerwca 2012

BLIZNY - 3: Chodząc po szkle



Kolejna rana przyszła dopiero po jakimś czasie.
Spotkał się z nią w jej komnacie już kilka razy, tym razem niebezpiecznie już zmierzając do miłości. Powiedziała mu, że nie powinni się ukrywać. Wyśmiał ją. Smutek jaki ujrzał na jej twarzy ponownie obudził w nim wyrzuty sumienia. Ty cholerny psie, ranisz ją myślał, a gniew na samego siebie wyrzucił w postaci słów.
- Myślisz, że zgodziliby się na coś takiego? – spytał się jej, ubierając pospiesznie buty. Siedziała na łóżku, okryta szlafrokiem. Jej włosy opadały ciemną kaskadą na blade ramiona. – Nie jesteś chyba aż tak głupia by uwierzyć, że pozwolą by ich pierdolony honorowy gość pieprzył się z psem księcia! Wyślą ciebie do burdelu i powiedzą twemu tłustemu ojcu, że pojechałaś na wycieczkę! A mnie obedrą ze skóry i dadzą ją temu małemu sukinsynowi w prezencie jako płaszcz!
Kiedy skończył, rzuciła mu krótkie, pełne wyrzutu spojrzenie swoich jasnoniebieskich oczu, które służące nazywały bladymi kryształami. Może miały rację. Tylko kryształy mogą być tak zimne i jednocześnie piękne.
- Czyli chcesz żyć w kłamstwie? Chcesz by wydali mnie za jakiegoś grubego lorda? Chcesz patrzeć jak ślini się na mój widok i rozlewa wino na moje suknie? Tego właśnie chcesz? – pytała swoim szorstkim głosem. Była zbyt podobna do niego. Psy, obydwoje jesteśmy psami.
- Dobrze wiesz, że nie. Prędzej zabiłbym tego skurwysyna niż pozwolił mu ciebie tknąć – mówił stanowczo, lecz nie było w tym prawdy. Gdyby tak postąpił, czekałby go marny los, a razem z nim ją również.
- Wiem, że kłamiesz, San. Choć jestem córką głupiego lorda, mam swój rozum i udało mi się ciebie dobrze poznać. – W tym akurat miała rację. W amoku strącił miskę ze stołu, a wraz z nią winogrona, granaty i inne owoce, które potoczyły się po podłodze. Stał pochylony nad stołem, opierając dłonie o jego krawędzie. Milczał. Gdyby coś powiedział, zraniłby ją. A tego nie chciał. Zbyt wiele wycierpiała. Poczuł na ramieniu jej drobną dłoń. Nie drgnął nawet.
- Po co tobie to wszystko? – spytała swoim ostrym głosem, w którym wyczuć można było jednak ciepło. – Lepiej było dla ciebie jak mnie nie poznałeś. I dla mnie też. Powinniśmy zapomnieć. Odejść. Któreś z nas. – Słuchał tego, a serce biło mu szybciej. Miała rację. Miała cholerną rację, lecz nie mógłby jej zostawić. Szczęście było zbyt słodkie, a przynajmniej te jego krótkie chwile. – Po prostu mijajmy się bez zbędnych słów. Patrzmy na siebie jak patrzy dama na psa, pies na damę. Grajmy role, które nam przeznaczono, San. Tak będzie łatwiej, prawda?
Powinien się wtedy zgodzić, powiedzieć jej że ma rację, że to była głupota, tylko krótki epizod, nic nieznaczący, a potem wyjść z jej komnaty i nigdy już nie wracać. Odejść z jej życia. Jednak nie potrafił. To było dla niego za trudne. Musiałby skłamać, mówiąc że to nic nie znaczyło. Nigdy nie czuł czyjejś miłości, troski. Nigdy. Ona była dla niego ważna, ale stanowiła także jego słaby punkt. Pies księcia nie powinien mieć słabych punktów.
Zamiast zrobić to, co powinien, czyli wyjść bez słowa, Sandor odwrócił się w jej stronę. By spojrzeć mu w oczy, musiała zadzierać wysoko głowę. Taka piękna myślał wtedy, widząc jej drobny, lekko zadarty nos, pełne usta, duże oczy, ciemne gęste brwi i bladą cerę. W jej spojrzeniu widział niepewność.
- Nic w życiu nie jest łatwe – powiedział, nie przestając wpatrywać się w swoją ukochaną, która nigdy nie była przeznaczona dla niego. Co ja wyprawiam? myślał, lecz słowa same wychodziły z jego ust. – Równie dobrze mógłbym ciebie wyśmiać, powiedzieć że nic dla mnie nie znaczysz, bo tak powinno być. Nie zrobię tego, bo wiedziałabyś że kłamię. Za dobrze mnie znasz, moja pani.
Kiwnęła tylko potakująco głową.
- Rozumiem. Ale wiesz, że to będzie trudne, San?
- Wiem – odpowiedział, po czym wyszedł z komnaty targany jeszcze resztkami gniewu. Nawet nie obejrzał się za siebie by sprawdzić, co kryje się w jej oczach. Schodząc w dół, po tak dobrze mu już znanych kamiennych schodach, wygarniał sobie tchórzostwo i uległość. Próbował przekonać samego siebie, że to nic nie warta kurwa, którą sobie wziął, bo mu się spodobała. Tak może i było do pewnego czasu. Kierowały nim żądze, a nie uczucia. Gdyby wtedy, podczas turnieju, nie podbiegła do mnie, pewnie pieprzyłbym teraz jakąś kurwę w burdelu, a nie rozmyślał o niej.
Ciągle trwali w tym dusznym, kłamliwym świecie spisków i sztucznych uprzejmości. On, jako brutalny pies, a ona jako niewinna dama. Nie musiała już trapić się siniakami. Książę znudził się nią, a królowa wraz z nim. Król za to nigdy się nią nie interesował, chociaż znając jego upodobania mogło to dziwić. Mieli więc pozorny spokój. Ich dni wyglądały tak samo nudno i schematycznie, a noce były miłymi odskoczniami od codzienności. Można by powiedzieć, że byli szczęśliwi. Stąpali po kruchym szkle, ale nie mieli głowy by się tym przejmować. Żyli dla tych wieczornych spotkań, uśmiechów, szeptów i ciepła ciał. Kiedyś powiedziała mu, że gdyby chciał, mógłby być dobry. Tylko roześmiał się, a ona wraz z nim, nie poruszając już tego tematu. Lecz te słowa zapadły mu głęboko w pamięć.




Myślał o nich teraz, czekając aż śmierć zabierze jego jedyne szczęście. Nie był dobry. Nigdy zresztą nie zadręczał się z tego powodu. Był jaki był. To nie dla niego przeznaczono pieśni o dzielnych, szlachetnych rycerzach. On zajmował się brudną robotą, robił to, co wychodziło mu najlepiej – zabijał, pieprzył i pił. Równie dobrze mógł zostać najemnikiem, lecz postanowiono uczynić go jeszcze kimś gorszym – psem księcia. Oczywiście, nie miał na co narzekać. Proste życie wymagało prostych potrzeb. Gdy jednak pojawiła się ona, wszystko się posypało. Za to ją nienawidził. I za to też kochał. Ona jedyna widziała w nim kogoś innego niż wściekłego, złaknionego krwi psa.
Nachylił się nad nią i musnął ustami jej czoło. Było takie ciepłe. Jak ogień pomyślał z rezygnacją. Czego innego mógł się spodziewać? Ogień zawsze był jego wrogiem. Zabrał mu połowę twarzy, pełną odwagę, a teraz zabiera ukochaną.
Odsunął się od niej. Spała spokojnie. Jej nieregularny, ciepły  oddech muskał jego skórę. Nie powinienem do tego dopuścić myślał z bólem.

1 komentarz:

  1. Z rozdziału na rozdział jest coraz piękniej, ciekawiej,ale też coraz smutniej i bardzo przygnębiająco. Opowiadanie jest bardzo dobre i wciągające. Gratuluję pomysłu i z niecierpliwością czekam na kolejną część :)

    OdpowiedzUsuń