Kolejna rana
przyszła dopiero po jakimś czasie.
Spotkał się z nią w jej komnacie już kilka razy, tym razem niebezpiecznie już zmierzając do miłości. Powiedziała mu, że nie powinni się ukrywać. Wyśmiał ją. Smutek jaki ujrzał na jej twarzy ponownie obudził w nim wyrzuty sumienia. Ty cholerny psie, ranisz ją myślał, a gniew na samego siebie wyrzucił w postaci słów.
Spotkał się z nią w jej komnacie już kilka razy, tym razem niebezpiecznie już zmierzając do miłości. Powiedziała mu, że nie powinni się ukrywać. Wyśmiał ją. Smutek jaki ujrzał na jej twarzy ponownie obudził w nim wyrzuty sumienia. Ty cholerny psie, ranisz ją myślał, a gniew na samego siebie wyrzucił w postaci słów.
- Myślisz, że
zgodziliby się na coś takiego? – spytał się jej, ubierając pospiesznie buty.
Siedziała na łóżku, okryta szlafrokiem. Jej włosy opadały ciemną kaskadą na
blade ramiona. – Nie jesteś chyba aż tak głupia by uwierzyć, że pozwolą by ich
pierdolony honorowy gość pieprzył się z psem księcia! Wyślą ciebie do burdelu i
powiedzą twemu tłustemu ojcu, że pojechałaś na wycieczkę! A mnie obedrą ze
skóry i dadzą ją temu małemu sukinsynowi w prezencie jako płaszcz!
Kiedy skończył,
rzuciła mu krótkie, pełne wyrzutu spojrzenie swoich jasnoniebieskich oczu,
które służące nazywały bladymi kryształami. Może miały rację. Tylko kryształy
mogą być tak zimne i jednocześnie piękne.
- Czyli chcesz
żyć w kłamstwie? Chcesz by wydali mnie za jakiegoś grubego lorda? Chcesz
patrzeć jak ślini się na mój widok i rozlewa wino na moje suknie? Tego właśnie
chcesz? – pytała swoim szorstkim głosem. Była zbyt podobna do niego. Psy, obydwoje jesteśmy psami.
- Dobrze wiesz,
że nie. Prędzej zabiłbym tego skurwysyna niż pozwolił mu ciebie tknąć – mówił
stanowczo, lecz nie było w tym prawdy. Gdyby tak postąpił, czekałby go marny
los, a razem z nim ją również.
- Wiem, że
kłamiesz, San. Choć jestem córką głupiego lorda, mam swój rozum i udało mi się
ciebie dobrze poznać. – W tym akurat miała rację. W amoku strącił miskę ze
stołu, a wraz z nią winogrona, granaty i inne owoce, które potoczyły się po
podłodze. Stał pochylony nad stołem, opierając dłonie o jego krawędzie.
Milczał. Gdyby coś powiedział, zraniłby ją. A tego nie chciał. Zbyt wiele
wycierpiała. Poczuł na ramieniu jej drobną dłoń. Nie drgnął nawet.
- Po co tobie
to wszystko? – spytała swoim ostrym głosem, w którym wyczuć można było jednak ciepło.
– Lepiej było dla ciebie jak mnie nie poznałeś. I dla mnie też. Powinniśmy
zapomnieć. Odejść. Któreś z nas. – Słuchał tego, a serce biło mu szybciej.
Miała rację. Miała cholerną rację, lecz nie mógłby jej zostawić. Szczęście było
zbyt słodkie, a przynajmniej te jego krótkie chwile. – Po prostu mijajmy się bez
zbędnych słów. Patrzmy na siebie jak patrzy dama na psa, pies na damę. Grajmy
role, które nam przeznaczono, San. Tak będzie łatwiej, prawda?
Powinien się
wtedy zgodzić, powiedzieć jej że ma rację, że to była głupota, tylko krótki epizod,
nic nieznaczący, a potem wyjść z jej komnaty i nigdy już nie wracać. Odejść z
jej życia. Jednak nie potrafił. To było dla niego za trudne. Musiałby skłamać,
mówiąc że to nic nie znaczyło. Nigdy nie czuł czyjejś miłości, troski. Nigdy.
Ona była dla niego ważna, ale stanowiła także jego słaby punkt. Pies księcia
nie powinien mieć słabych punktów.
Zamiast zrobić
to, co powinien, czyli wyjść bez słowa, Sandor odwrócił się w jej stronę. By
spojrzeć mu w oczy, musiała zadzierać wysoko głowę. Taka piękna myślał wtedy, widząc jej drobny, lekko zadarty nos,
pełne usta, duże oczy, ciemne gęste brwi i bladą cerę. W jej spojrzeniu widział
niepewność.
- Nic w życiu
nie jest łatwe – powiedział, nie przestając wpatrywać się w swoją ukochaną,
która nigdy nie była przeznaczona dla niego. Co ja wyprawiam? myślał, lecz słowa same wychodziły z jego ust. –
Równie dobrze mógłbym ciebie wyśmiać, powiedzieć że nic dla mnie nie znaczysz,
bo tak powinno być. Nie zrobię tego, bo wiedziałabyś że kłamię. Za dobrze mnie
znasz, moja pani.
Kiwnęła tylko
potakująco głową.
- Rozumiem. Ale
wiesz, że to będzie trudne, San?
- Wiem –
odpowiedział, po czym wyszedł z komnaty targany jeszcze resztkami gniewu. Nawet
nie obejrzał się za siebie by sprawdzić, co kryje się w jej oczach. Schodząc w
dół, po tak dobrze mu już znanych kamiennych schodach, wygarniał sobie
tchórzostwo i uległość. Próbował przekonać samego siebie, że to nic nie warta
kurwa, którą sobie wziął, bo mu się spodobała. Tak może i było do pewnego
czasu. Kierowały nim żądze, a nie uczucia. Gdyby
wtedy, podczas turnieju, nie podbiegła do mnie, pewnie pieprzyłbym teraz jakąś
kurwę w burdelu, a nie rozmyślał o niej.
Ciągle trwali w
tym dusznym, kłamliwym świecie spisków i sztucznych uprzejmości. On, jako
brutalny pies, a ona jako niewinna dama. Nie musiała już trapić się siniakami.
Książę znudził się nią, a królowa wraz z nim. Król za to nigdy się nią nie
interesował, chociaż znając jego upodobania mogło to dziwić. Mieli więc pozorny
spokój. Ich dni wyglądały tak samo nudno i schematycznie, a noce były miłymi odskoczniami
od codzienności. Można by powiedzieć, że byli szczęśliwi. Stąpali po kruchym szkle,
ale nie mieli głowy by się tym przejmować. Żyli dla tych wieczornych spotkań,
uśmiechów, szeptów i ciepła ciał. Kiedyś powiedziała mu, że gdyby chciał,
mógłby być dobry. Tylko roześmiał się, a ona wraz z nim, nie poruszając już
tego tematu. Lecz te słowa zapadły mu głęboko w pamięć.
Myślał o nich
teraz, czekając aż śmierć zabierze jego jedyne szczęście. Nie był dobry. Nigdy
zresztą nie zadręczał się z tego powodu. Był jaki był. To nie dla niego
przeznaczono pieśni o dzielnych, szlachetnych rycerzach. On zajmował się brudną
robotą, robił to, co wychodziło mu najlepiej – zabijał, pieprzył i pił. Równie
dobrze mógł zostać najemnikiem, lecz postanowiono uczynić go jeszcze kimś
gorszym – psem księcia. Oczywiście, nie miał na co narzekać. Proste życie
wymagało prostych potrzeb. Gdy jednak pojawiła się ona, wszystko się posypało. Za
to ją nienawidził. I za to też kochał. Ona jedyna widziała w nim kogoś innego
niż wściekłego, złaknionego krwi psa.
Nachylił się
nad nią i musnął ustami jej czoło. Było takie ciepłe. Jak ogień pomyślał z rezygnacją. Czego innego mógł się spodziewać?
Ogień zawsze był jego wrogiem. Zabrał mu połowę twarzy, pełną odwagę, a teraz
zabiera ukochaną.
Odsunął się od
niej. Spała spokojnie. Jej nieregularny, ciepły
oddech muskał jego skórę. Nie
powinienem do tego dopuścić myślał z bólem.
Z rozdziału na rozdział jest coraz piękniej, ciekawiej,ale też coraz smutniej i bardzo przygnębiająco. Opowiadanie jest bardzo dobre i wciągające. Gratuluję pomysłu i z niecierpliwością czekam na kolejną część :)
OdpowiedzUsuń